Nawiązania są czasem dobre, odwiązania też, ale to inna sprawa. Więc jesień – dlaczego jest taka pełna melancholii? Chciałabym się uśmiechać, patrząc w okno. Podobno jesień polska strzela barwami na prawo i lewo, a tu nic. Wszystko takie ciche, cichuteńkie, zamyślone – chyba nad przemijaniem? I siedzi tak świat przycupnięty za miedzą ceglanego domku i patrzy i się dziwi. Mgła ospale otacza schnące liście, ptak kroczy w nich podnosząc wysoko nóżki, szeleści lekko dziobkiem,  szukając jedzenia. Kiedy przejdziesz, spojrzy na ciebie zdziwiony i szybko odleci. Jesień już tak ma. Wszystko stoi w bezruchu, poszarzone wieczną mgłą. Świat składa się teraz wyłącznie z różnych odcieni szarości, i nic tego nie zmieni. Nawet miłość zamyka się w swoim własnym ciepełku i grzeje, oświetlając zajmowane przez siebie wnętrze setkami kolorów. Życie chowa się do skorupki.

Próbuję wzbić się w szkarłatne niebo, a powietrze jest takie zimne.  Moje wnętrze rozbłyska milionem kolorów… tak, jakby leniwe letnie słońce zaglądało w kolorowy witraż. Pachnie taką rozkoszą. Rozleniwieniem w wakacyjny dzień. Taki brak zmartwień, nie myśli. Myśli błądzą tak swobodnie – mijają drzewa, muskają trawę na gasnących łąkach. Są jak cichy wiatr, ostatni ciepły podmuch w tym sezonie.  Głaszczą ptaki po rozłożonych skrzydłach, lekko marszczą gładką taflę jeziora.  Budzą tęskne westchnienie o tym, co przemija i o tym, co nadchodzi. Rozmarzenia, rozmyślenia, mgłą zasnute oczy i pół uśmiechnięte usta. Świat powiększony o jedno odległe senne marzenie, wspomnienie ciepła i umierającej jesieni. Wszystko milknie i potulnie chowa się w tajemnicy. Idę przez polną drogę i myślę o świetle. Świetle, które mnie otacza i ogrzewa. Wywołuje uśmiech na twarzy bez względu na porę roku. O nieprzeniknionych błękitnych jak chmurne niebo oczach. O ciepłych rękach i przyjaznym uśmiechu. Co sprawia, że właśnie mnie trafiło się szczęście tak niepojęte? Co sprawiło, że zasłużyłam na słońce w środku nocy a dodatkowo na słowa, jak pomocne, ciepłe dłonie? Że nagle jest do kogo się odezwać.  Dobry wynalazek. Jak bym to nazwała? Coś, co trudno zdobyć u kogoś, coś wartego jednak urobienia się po łokcie w największym bagnie.  Śnieg pada a ja mam gdzie się odwrócić i nie jest zimno. Ktoś mnie tarmosi za ramię i śmieje się. Jak to jest? Że na świecie istnieje taki świat, który mi stworzysz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *