blackstar

Zwątpienie i strach przychodzą bardzo szybko na swoje miejsce, opuszczone wcześniej na rzecz radości. Kiedy się cieszy, nie czuje radości pełnej i czystej, ponieważ wie o jej brudnych siostrach. One odzywają się szybko zaraz po tym jak poczują samotność i wracają na swoje miejsce. Powołane na świat przez innych ludzi, całkiem nieświadomych swojego dzieła, niszczą kolejne dni. Zostają, chociaż wszyscy o nich zdążyli zapomnieć, pokryć je kurzem w dalekich zakamarkach swojej pamięci. Wcisnąć w ciasne szufladki na rzeczy nieważne, zgubić je w ogromie nieistotnych spraw w przeszłości, piętrzących się w długich tunelach świadomości. One nie zapomniały, wciskają się w ramy świadomości która już dawno je wyparła na rzecz upływającego czasu. Czas zaś jak dobry dziadek próbuje zaleczyć rany spowodowane połączeniem ludzkiej wrażliwości z jej brakiem. Kładzie wątpliwej jakości kompresy, które działają lub nie, w zależności od traumy której atakiem życie przypuści na niczego nieświadomą jednostkę. Osoczy kolcami i wbije je prosto w serce, zaszczepi w wszystkie żyły truciznę które ciało rozprowadza razem z życiodajnym tlenem, w dobrej wierze, ze złym skutkiem. A smutek i lęk rozkwita w środku i ssie wszystko co radosne w życiu. Zasadza fałszywe drzewko spokojnego oddechu, które od czasu do czasu ochładza zdyszane serce. Z radością patrzy na ścieżkę w dół pełen załamań i porażek w którą pcha słabego człowieka. Smutek nie wybacza, pogrąża w śmierci i ciemności. Potem nie ma nic prócz zwątpienia w jakiekolwiek dobro na świecie. Na horyzoncie majaczy litość która czasami ratowała. Litości nie ma, współczucia nie ma, serca są twarde.

Nerwowo porusza kolanem. Najpierw lewym, zaraz potem prawe dołącza do tego gorączkowego tańca. Trzęsące się ręce otwierają szybko butelkę taniego piwa, spragnione usta niezdarnie przytulają się do butelki. Pije. Przestaje na chwilę podrygiwać kolanami żeby utrzymać piwo między nogami. W dziki tan podrygiwania wpada lewa ręka, opierająca się na oknie, prawa szuka długo w kieszeni telefonu. Jeszcze jeden łyk na uspokojenie, parę kropel ucieka w stronę ogolonego dwa dni temu policzka. Dźwięk głośnika w starej komórce przy uchu jest ustawiony na najwyższą możliwą głośność ale tylko w ten sposób przez jego skołatane nerwy przedrze się czyjś głos. Nikt nie odbiera. Kolejny łyk napoju który nieco rozluźnia spięte mięśnie. Już nie pamięta z jakiego powodu, ale są napięte od dawna. Pójdę się umyć i do spania, pójdę się umyć i do spania, powtarza półgłosem, bo ten plan jest jego wybawieniem od codziennego stresu. Stresu który przychodzi ze wszystkich stron, z wszystkich spojrzeń które mówią mu to co sam wie ale przed sobą łatwiej przyznać niż usłyszeć od kogoś. Życie poszło w paru momentach nie tak i już nie może liczyć na stare przyjaźnie które wydawały się być tymi na całe życie. Nie ma tamtych znajomości, są nowe, które za to jakoś podnoszą ciśnienie w żyłach i podrywają kolana do nerwowego tańca. Telefon w końcu przekazuje czyjś głos. Wiesz, dojeżdżam, opóźnienie, tak, no wiesz, dziwne, ale będę, tłumaczy się i jąka, lewa noga podryguje nerwowo. Tak, coś poszło nie tak, nie wiadomo co, coś tam w życiu, nie pamiętam, łyk piwa, o tak lepiej, zaraz dojedziemy. Byle zgromadzić wokół siebie cały dobytek, dwie torby, wyżebrać bułkę a za te pieniądze kupić butelkę, przepustkę do tak zwanego spokoju. Do spokoju który będzie trwał aż do czasu kiedy butelka i jej działanie się nie skończy, wtedy trzeba od nowa, jadę już, będę za niedługo, tak, mam. Mam, przecież mówię. Nie krzyczę. Przepraszam, to na razie. Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno, pociąg sunie czasem postukując. Ręce zaciskają się mocno na butelce, aż bieleją chude palce, nogi podrygują, myśli wirują i nie potrafią się dać ubrać w jasne zdania. Można tylko określić lokalizację, tak to Ruda, zaraz będziemy, wie pan, ja tak często podróżuję. W drżącej ręce wyciąga lekko pogięty bilet i uśmiecha się do konduktorki która to zupełnie ignoruje. On nadal uśmiechając się chowa bilet do kieszeni i na chwilę pozostaje w radości z normalnej interakcji z innym człowiekiem, choć nawet tego nie potrafi nazwać. Tej radości, tego uczucia które na chwilę uspokoiło jego kolana, postawiło stopy na podłodze spod której docierają do podróżnych stuki kół pociągu. Światła rozmywają się w żółte pasy, gwiazd nie widać, za moment dojedziemy. I znowu ta rzeczywistość, bo za chwilę dojedziemy, znowu strach dobiegający z głębi, może gdzieś z duszy o ile dusza istnieje, w każdym razie siedzący w środku, podrywający ręce do niezdrowych drgawek. Nic nie przynosi ukojenia, ten niepokój po prostu żyje w nim, i znowu łyk piwa, szybko do dna bo zaraz będziemy na miejscu, halo, no zaraz będę, dziesięć minut mi daj, to cześć. Lekko samowolne nogi prowadzą go powoli do wyjścia, obwieszony ciężkimi bagażami, sprawiającymi wrażenie przygniatających do ziemi chudą sylwetkę równie bardzo co ciężar marnej egzystencji. Pociąg staje niedelikatnie, wysiada mrucząc pod nosem słowa nie mające związku jedno z drugim, opuszcza przedział a z nim ciągnące się jak tren porażki i niepokój.

Potem przychodzi straszna wiadomość i nagle strach przyjmuje dużo straszniejszą postać niż kiedykolwiek wcześniej. Niepokój nie opuszcza już nawet na sekundę, nawet na krótką sekundę nie opuszcza, chce zniszczyć, jakby jeszcze było coś do niszczenia. Rozdmuchuje popiół w północnym wietrze, zaciera ślady, potem goni drobinki i nie daje odpoczynku. Słucha lamentu kończącego się w mękach życia, słucha rozdzierającego płaczu który przeszywa noc od czasu do czasu i budzi zaspane psy które dołączają się do pieśni smutku. Księżyc świeci jasno na niebie, zagląda w oszalałe z nieszczęścia oczy, w samotne ramiona, które są coraz chudsze z każdą nieprzespaną nocą i zbyt jasnym dniem. Łapć już nie ma czego, niektórzy łapią się nadziei, ale po co taka nadzieja, lepiej położyć się i zasnąć. Lepiej zamknąć oczy żeby nie widziały, zatkać uszy żeby nie słyszały, owinąć ręce żeby już nikt nie próbował pompować do nich nadziei i fałszywie wydłużonego życia. Lepiej spróbować zasnąć i przytłumić wzrastający coraz wyżej niepokój, rozczarowanie, samotność, bierność, bezradność, słabość i straszną świadomość że już się nic nie nadrobi. To by było na tyle, to tak się kończy, teraz wszystko się kończy. Może coś zdążę, może nie, może wystrasz się na zapas, może dzięki temu jutro będzie łaskawsze. Ale jutro nie jest łaskawsze, nie jest bardziej wyspane, na pewno nie bardziej wypoczęte. Żyły puchną od życia które nic nie wiedzący ludzie próbują do nich wpompować, tak dużo, że już nawet nie ma siły powiedzieć stop przestańcie to ten niepokój jego weźcie. Wyrwijcie mi z piersi, odbierzcie, podzielę się tym co złe jakby było dobre. Każdemu po trochę i będzie to do zniesienia. Ale oni pompują coraz bardziej, nie słuchają, nie patrzą, zapamiętale pompują życie w ciało z którego dusza cicho odchodzi bez słowa.

Nie ma czasu na zwątpienie, nie ma czasu na rozżalenie, nie ma czasu na strach, nie ma miejsca na smutek, nie ma czasu na przeprosiny, nie ma czasu na załamania, nie ma czasu na koniec przed końcem, nie ma czasu życie na to wszystko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *