bub

Dzisiaj był dziwny dzień. Śniło mi się, że idę ulicą miasta. Jest ciepło. Słońce – dla niektórych bezlitosne, dla mnie przyjemne, rozkosznie ciepłe – zawładnęło każdą przestrzenią. Jestem jednym z liści, wychylających się łapczywie, na granicy bezpieczeństwa w stronę ciepłych promieni. Nadchodzi zapach lata, nadchodzą ciepłe dni, czas, żeby się nieco zazielenić. Śpiewać tylko wesołe melodie, uderzać dur-owe klawisze. Z podobną lekkością czuję się, jak motyl, który co prawda nie wyszedł jeszcze całkiem z kokona, ale wie, że za chwilę to nastąpi. I więcej radości sprawia oczekiwanie, niż chwila, na którą oczekuję. Marzenia sprawiają znacznie więcej radości. W nich wszystko jest dokładnie tak, jak tego chcę, i nie sprawia to żadnych kłopotów. Trzeba tylko na powrót znaleźć swój świat, w którym można zatracić się tak bez pamięci.  Wyłączyłam się z ogólnego obiegu, wzięłam Cię za rękę i pofrunęliśmy w chmury, nad to miasto. Kogo to dziwi, że największym, nieosiągalnym w satysfakcjonującym stopniu, marzeniem ludzkości jest latać? Cóż, fizyczność nie dopuszcza takiej opcji. Ale od czego dano nam myśl, która może wzlecieć ku chmurom, i jeszcze wyżej? Myśl nieograniczoną niedoskonałym, śmiertelnym ciałem, stąpającym po ziemi tak samo, jak te małe robaczki w trawie. Wszystko jest osiągalne. Wszystko może się zdarzyć. Popatrzyłam z westchnieniem w niebo. To miasto jest takie zamyślone. Nie umiem złapać wzroku ani jednej mijającej mnie osoby. Każdy patrzy w jakąś dal, której ja nie umiem dostrzec. W dal, która nie jest dla nich zasłonięta wyrastającymi pod niebo budynkami. Może to jest to, czego tak szukamy, a nazywamy wolnością?

 

A dla mnie wolnością jest to, co mnie uszczęśliwia w najbardziej czystym, nieskazitelnym znaczeniu tego słowa. Twoja przyjaźń i to, że nigdy jakoś nigdy nie mówisz, że masz mnie dość. Niesamowite.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *