I never wanted no one else

Ot, i jak łatwo to przyszło. Twoje ręce, twoje oczy, twoje ciało, twoja sprawa. Czy naprawdę wierzyłaś, że to się da odwrócić? Że będzie inaczej, że byłaś nieświadoma. Twój tyłek, wreszcie nauczyłaś się przynajmniej, że nie należy wypinać go w złą stronę. Czy za późno? Chyba tak. No, na pewno tak. Teraz już taka zostaniesz. Z dziurą w tyłku i duszy. Nie?

Przyszłam do domu, zasiadłam do komputera. Jak zwykle. To nużące, a jednak ciągle to robię. Dom – komputer. I chyba wiem, dlaczego tak jest… Zrobiłam sobie kolację. Niby pycha, a staje w gardle. Dobra herbata, jakiś specyjał od Irving.  Coś tam kombinuję z zadaniami teoretycznymi na egzamin z matematyki, ale nauką tego chyba za bardzo nazwać nie można. Piszę z paroma osobami, tak naprawdę tylko po to włączam ten komputer zakichany. Gdyby nie komunikatory, które tak kocham, pewnie włączałabym go połowę później i rzadziej.  W reklamie pokazaliby, że jestem zgnieciona takim głazem. Tym od Syzyfa. Zjem sobie dwa rutinoscorbiny i już mnie odgniecie. Fajnie.

Niby tak samo. Dalej muszę się uczyć, dalej muszę coś zjeść, chociaż coraz rzadziej mam na jedzenie ochotę. Dużo piję. Herbaty, kawy… przytulam kota, a kot przytula mnie. Pokrywa klawiaturę laptopa swoimi rudymi kłaczkami. Czyli zachowuje pozory normalności. Poszłam się myć, wydłubałam tylko jednego (no dobra, dwa, ale ten drugi się nie liczy) strupa z dekoltu, bo przypomniało mi się, że kazał mi tego nie robić. A tak trudno czasem się powstrzymać, żeby sobie nie poskubać! Nie rozumiem, jak można nie czuć tego uroku wielkiego, czerwonego placka, który powstał w efekcie. No nie mam pojęcia. I uśmiecham się do swojego odbicia, o dziwo! Pierwszy raz patrzę na siebie i się uśmiecham. Patrzę i nie oceniam wyglądu ani tego, że goliłam się trzy dni temu. Teraz wreszcie rozumiem coś, co powinnam rozumieć już dawno. Że to nie o to chodzi, jak wyglądam: you know, I don’t mind.

Ani o to, że mam podrapanego laptopa.

… Ani o to, że burzę to, co zbuduję!

Zimno mi w palce, ciepło w kolana. To znaczy że jutro będzie mróz. Albo nie będzie. Ale pewnie będzie, kolana, wiadomo.

Dire Straits są wredni. Zawsze mi się wryją w takich chwilach. A niech ich gęś kopnie! Kot śpi na krześle.

Jakieś kolory, jakieś coś, jakieś. To było potrzebne. Czasem tak jest. W sumie w życiu nigdy nie ma nic niepotrzebnego. Skoro tak się stało znaczy, że tak musi być po coś. Nigdy się nie zawiodłam na tej teorii, więc mam podstawy żeby myśleć, że jest prawdziwa.
Czasem trzeba coś zakończyć, żeby zacząć coś nowego. Żeby zacząć od nowa, tak to bywa. Ale to dobrze. Dzięki temu masz szansę. Czystą kartę i dużo wiary do plecaka. Nadzieja zwisa smutno u twojego boku, bo w nią to już nikt nie wierzy. Nikt jej nie chce. A ja owszem, poproszę raz!

Chyba już wiem, o co chodziło, jak było. Przekręcimy parę korbek i będzie inaczej. Lepiej? Nie wiadomo. Jeśli trafimy, to tak. Jeśli nie, to nie, ale po co nam tyle życia, jeśli nie po to, żeby szukać drogi?

Nie martwię się tym, że się nie martwię. Po raz pierwszy przyjmuję to, że jest dobrze ot tak. Może później znów będzie źle, ale co z tego? Wreszcie nie myślę o tym, jak będzie za chwilę. Cieszę się tym, że się cieszę, chociaż nie mam powodu. Wreszcie… Zawsze ta rachuba, ta zimna jak kawałek lodu, który dziś rozbiłam, myśl: teraz jest dobrze, znaczy się, za chwilę będzie masakra i smutno? Oczywiście, tak w końcu było, ale ta myśl zabijała wszelką radość. Radością nie można się cieszyć, przerywając radosne myśli rozważaniem o smutnych, które się mogą zdarzyć za moment. Nie pochwalam „życia chwilą”, ale proszę! Przynajmniej ciesz się tym, że możesz się cieszyć, bo tak to ogólnie ci cały czas kiepsko. Co ma się zdarzyć to się zdarzy, a ty pilnuj żeby nic złego się nie zdarzyło, i będzie niezdarzone. I kulowo.

Jak spadnie deszcz to mnie umyje i będę już czysta. I naga i roześmiana na łące pełnej kwiatów. Z jednym drzewem i słoneczną nieskończonością. Przybiegniesz, złapiesz mnie w ramiona, podniesiesz, zawirujemy a nad nami pojawi się tęcza. I tak do końca świata, bez nikogo już. Tylko kwiaty wokoło. Będę czyściutka i bez zmazy. Bez grzechów. Ty tak samo, będziemy sobie czyści i szczęśliwi. Bez pryszczy (bo bolą).

Kap, kap, kap… kapie moja wrażliwość i deszcz. Kapie i się rozpryskuje moja dobroć, kiedyś tam dostrzeżona, kiedyś tam zanikła. Kiedyś tam byłam sobą, teraz nie wiem kim jestem, podobno. Podobno nie wiadomo, ale ja wiem na pewno, kim jestem. Na pewno źle. Na pewno czuję kogoś. Mocno, boję się trochę. Ale będzie dobrze, zawsze było. Przepraszam, tyle rzeczy obiecałam. Niektórych dotrzymuję chyba tylko tak zwanym picem. Ale tym razem już tak nie będzie. Tej jednej dotrzymam choćbym miała się spłaszczyć i wymieszać z błotem. Obiecuję Ci, bo nigdy nie zwątpiłeś. Wiem, że nie zwątpisz.

Blisko, boś bliski, a daleko, boś daleko. Alem powiedziała. Nie mam monet, nie dam rady się wykupić, najwyżej proszę mnie zamknąć, chyba że… ładnie się uśmiechnę?

Jest parę rzeczy, które naprawdę poruszają moje serce. Przyspiesza i podskakuje. Pomarańczowy, spuchnięte oczy i świeży wiatr we włosach.  Pokłute nogi, nawet nie czuć, że bolą. Dzieje się magia, która ma potrwać wieki i wieki. I ja jestem znowu tam. Świeci słońce, wystawiam do niego z wdzięcznością twarz. Pierwszy dotyk, już wiem! Biegnę przez trawy, wywracam się. Słyszę śmiech, odwracam głowę, uśmiecham się. Tak, ja nie chcę do nieba, ja niebo mam tu. Nie wiem jeszcze, co z nim zrobić, ale je mam! Wreszcie jestem czysta i uśmiechnięta. Mam dużo czasu i świeżego powietrza. Wolność. Wreszcie jest dobrze, a kiedy właściwie nie było?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *