is it mine

Wokół wali się i pali. Myślę że na głowę spadają mi płonące belki i naprawdę dziwię się czasem że jeszcze nie złamały mi karku. Nie złamały, trzyma się, ale na silniejszy nie wygląda. Myliliście się. Potem wyszłam za nieustannie towarzyszący mi strach. Podałam mu rękę a na głowie miałam biały welon. Teraz jesteśmy bardziej nierozłączni niż zwykle. Mój strach i moje poczucie nadciągającej zagłady, która nadchodzi jednak nigdy nie z tej strony z której się jej spodziewam. Jestem zajęta wymyślaniem taktyki obronnej a w tej właśnie dogodnej chwili dostaję cios prosto w plecy. Niezasłużony, przyginający do ziemi, ale zawsze pozostawiający wystarczająco siły żeby podnieść się i na przekór rozsądkowi iść dalej. Trzymać wrzynającą się w moją dłoń rękę strachu który nigdy mnie nie opuści, tylko czasem trzyma mocniej, czasem słabiej. Może powinnam przyzwyczaić się do jego towarzystwa, nie czuć za każdym razem stresu, kiedy ściska mi palce. Widzę go kiedy się budzę, próbuję o nim zapomnieć żeby zasnąć. On układa się koło mnie na poduszce, kładzie swoją zimną twarz obok mojej i patrzy jak na chwilę o nim zapominam. Patrzy i wkłada paznokcie między włosy, gładzi, zajmuje swoje miejsce w mojej głowie. Potem nic nie pamiętam bo zapadam się w przepaść snu, a nazajutrz, zaraz przed przebudzeniem serce zaczyna bić szybciej. Trzyma dłoń na mojej klatce piersiowej. Budzę się i boję się, na pewno nie jestem samotna chociaż samotności bać się mogę. Kolejny lęk przyjdzie jutro.

Wdech i wydech, powoli, ale z całych sił wyciskam powietrze z płuc. Może to dziwne, ale kiedy tak robię mam nadzieję, że razem z powietrzem wyjdzie cały lęk. Strach, bicie serca, leciutko trzęsące się ręce i ciągłe poczucie dyskomfortu, które przewija się mgiełką w tyle mózgu. Utrzymuje moje nerwy w stanie gotowości cichym brzęczeniem. A ja nie umiem się do niego przyzwyczaić, nie umiem pogodzić się, zrezygnować, zacząć nadawać w rytm brzęczenia, w rytm narastającej nerwowości. Kiedy schody zmieniają się w góry a potem w niesamowite szczyty. Wielkie szczyty a ja na jednej ze ścian trzymam się jedną ręką luźnej skały.

Potem okazuje się że to nie wszystko, wtedy właśnie kiedy ubolewam nad pechem i złym zbiegiem okoliczności, spada jak grom z bezchmurnego nieba kolejne wyzwanie które jak tamte skończy się porażką. Strach trzyma mnie w talii i kieruje tam gdzie iść nie chcę. Wygrywa bo jest silniejszy a ja nie czuję się na siłach żeby go przepędzić. Tak żeby odszedł daleko, gdzieś za morze moich możliwości i ocean ich braku. Przestał ściskać żołądek zimnymi skurczami które oznaczają nie mniej i nie więcej jak tylko to że polegnę na polu które on mi przygotował. Położę się tam gdzie mogłabym stać, być sobą, iść na przekór i nigdy nie zbaczać z trasy która prowadzi przez bycie mną. Zapomnę co chciałam osiągnąć i na osobności będę słuchać monologów tych którzy mnie przybyli do ściany. Wtedy będę mądra, mój strach się odsunie i zajmie miejsce lekceważącej publiczności. Poczuję w sobie siłę którą on odebrał mi w konfrontacji z rzeczywistością. Z krzykiem, z oskarżeniami, z żalem, z brakiem obiektywizmu, z wyrzutami sumienia, z odrzuceniem, z wszystkim czego możemy doświadczyć od innych ludzi. Z bólem, chorobami, brakiem samodzielności, stresem i wszystkim czym może poczęstować nas świat. Przegram i będę w bezsilności siebie pytać ile to jeszcze potrwa. Czy kiedykolwiek się skończy, czy nie przeżyję tego starcia i mój strach umrze razem ze mną. Ułożą nas w trumnie wyścielonej satynowym materiałem, który udaje że jest satyną tak jak ja udaję że jestem odważna. Strach będzie leżał na mojej piersi, przestał oddychać wtedy kiedy ja. Leży na mojej piersi jak wierny pies. Jakby ludzie go widzieli to na pewno by się wzruszyli, śmierć tak wygładziła mu oblicze. Przytulił się mocno jak wystraszone dziecko przytula się do rodzica. Nie opuścił tak jak obiecał.

A ja wiszę nad swoim ciałem i zastanawiam się tak samo jak zastanawiałam się podczas życia. Po co to wszystko, po co te nerwy, po co ci ludzie płaczą. Teraz czuję że nic mnie nie trzyma, nie umiem ich zrozumieć, jestem szczęśliwa. Widzę że mój strach określił moje życie a mogłam zrobić to ja sama. Podjąć decyzję i oczyścić się stojąc w strugach spokoju który na mnie by spadł. Jedna decyzja rozłączyła mnie od szczęścia które dla mnie miało na imię spokój. Na drugie dystans, którego odebrać życiu nie potrafiłam. Teraz wiszę i żałuję, bo moje niebo mogło zacząć się tak dawno temu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *