isn’t it sunshine

Czy moje życie nie jest piękne? Przestaje być nudne na zawołanie. Wypala petardy złości i szczęścia na przemian, kto tego by chciał, ale tak się dzieje. Kręcę się na karuzeli stresu, czasem się śmiejąc. Jestem jednym wielkim wrzodem. Wrzodem na tyłku wielu, workiem treningowym dla paru, wrzodem bolącym przez stresujące noce mnie samą. Nie umiem usiąść prosto choć powinnam, bo czuję jak mój wypełniony wodą żołądek protestuje. Mój wrzód to znaczy. Mój wrzód który umożliwia niewdzięcznemu istnieniu życie, oddychanie, kochanie, jedzenie, spanie. Odbiera stresowanie się codziennie spokojnie jak mama odbiera dziecko z przedszkola. Stres, którym żyję, moje życie, mój sens, kto chce go zabrać? Stresują mnie ludzie, stresują mnie sytuacje, stresuje mnie to co się wydarzyło i to co myślę że się wydarzy. To ostatnie nigdy się nie dzieje.

Potem zaczynam jeszcze raz od początku. Patrzę w lustro i mówię odbiciu że to ktoś może co najwyżej stresować się, nie ja kimś. Odbicie poważnie przytakuje. Oboje wiemy że to nic nie da, niepokój siedzi wygodnie wczepiony w środek mnie, mój przyjaciel. Urozmaica mi życie, szuka rozrywek, potrzebuję obecności. Obecność to jest najgorsze czego można potrzebować bo najtrudniej jest to dostać. Niektóre rzeczy wymagają cierpliwości. Mogę iść kupić sobie od czasu do czasu loda na patyku, mogę kupić sukienkę albo skarpety. Po prostu z westchnieniem spoglądam na kartę która kryje niewiele i wprawiam ją w ruch. Jestem na chwilę szczęśliwa. Ja lubię mieć wszystko od razu, kiedy tylko w środku odezwie się tęsknota cichym jękiem. Pędzę na złamanie karku ją uratować i spełniać, nie znoszę tego dźwięku. Dźwięk rozlega się coraz głośniejszy a ja miotam się nie wiedząc co mam zrobić. Ona jest nieubłagana ale tego nikt nie rozumie. Tęsknota za kimś, żeby tak ktoś od razu był, nie pytał, wypełnił pustkę która zaczyna się powiększać od zamknięcia drzwi. Żeby był trochę jak pizza na zamówienie, od razu. Na ratunek głodowi którego czekolada nie zapcha.

Padam już z rozpaczą w oczach na krzesło, zamykam się w czterech ścianach i doznaję olśnienia. Okazuje się że samotność i ciepło własnego pokoju to coś co mnie ratuje, bierze w ramiona i kołysze. Jestem ja i moje bycie ze mną. Ja i moja wolność, mój brak stresu, mój bufor oddzielający od rozsądku który już dawno przerodził się w chroniczny stres. Jest ciepło, gra moja muzyka składana przez lata piosenka po piosence. Są moje zdjęcia, wiersze i wycinki z gazet. Siedzę tu sobie i zastanawiam się, czego jeszcze potrzebuję? Jestem ja i ja. Razem raźniej.

Ostatnio odkrywam piękno w tym co mam na wyciągnięcie ręki zamiast tęsknić za tym co dalekie i wymagające czekania. Nagle okazuje się że urodziłam się w pięknym miejscu, innym i czasem trochę bardziej zimnym niż pozostałe piękne miejsca, ale nadal pięknym. Urodziłam się w zdecydowanie niepowtarzalnym miejscu pod całkiem powtarzalnym imieniem, które dla mnie brzmi zawsze inaczej kiedy skierowane do mnie. Może to jest właśnie szczęście, tak sobie tu być i patrzeć i wspominać że miałam piękne życie, mam piękne życie, a potem będzie coraz piękniejsze. Z minuty na minutę jestem coraz bardziej szczęśliwym człowiekiem, który czasem jednak zastanawia się kiedy nastąpi jego koniec. Boję się końca bo go nie znam. Boję się też szczęścia którego nie znam, lubię to co znam. Dążę do ustatkowania się a moje życie chyba dopiero się rozpędza.

Jednego na pewno nie zmienię. Mam w życiu niewiele przystani. Mam parę pięknych miejsc w które mogę iść o każdej porze i wszystko co trwożące i niesprawiedliwe przestaje tak bardzo ciążyć. Jest ich tak niewiele ale ja je tak kocham i tak ich potrzebuję. Każda wizyta uszczęśliwia mnie tak bardzo, że dzisiaj pomodlę się za wszystkich o takie miejsca. Chociaż jedno miejsce. Cichą przystań w której można opowiedzieć marzenia, posłuchać marzeń i uśmiechnąć się po usłyszeniu wyjątkowo kiepskiego żartu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *