konsumpcjonizm

Wreszcie nadszedł ten magiczny czas, oświetlony trylionami lampek i z piosenkami świątecznymi płynącymi z wszystkich możliwych głośników. Poza tłumem dzieci zachwyconych tą bajkową atmosferą, jest też tłum wyjątkowo o tej porze niezadowolonych dorosłych. I w kółko narzekanie na tłumy ludzi w sklepach, na ceny („co roku wyższe!”), na wszechobecne reklamy kuszące dzieci (przez co jeszcze trudniej z nimi wytrzymać), na to że szybko robi się ciemno i… na komercjalizację Świąt. Z komercjalizacją spokojnie mogę się zgodzić, bo sama długo wierzyłam, że oryginalny Mikołaj to ten gruby pan w czerwono – białym wdzianku i szczególny czar Świąt stanowiły prezenty. Im bogatsi jesteśmy, tym prezenty stają się droższe, a sprzedawcy żerują na tym trendzie, reklamując nowego iPad’a albo złotą kolię jako idealny prezent pod choinkę. Żeby więc nadążyć za trendami i okazać we właściwy sposób przywiązanie do bliskich, kupujemy to wszystko. Wszystko świeci, błyszczy, nawołuje, a istoty Świąt jakoś w tym mało…

Tu jednak pozwolę sobie postawić kropkę. Wczoraj, wracając z świąteczno – mikołajowych zakupów, zdałam sobie sprawę, że w tym naszym „konsumpcyjnym” podejściu nie wszystko jest złe. Święta i coroczna okazja, kiedy się nawzajem obdarowujemy, jest świetnym momentem na zatrzymanie się na chwilę i pomyślenie o bliskich. W taki całkiem konkretny sposób, to jest, na czym im zależy? Co im dać, żeby to było naprawdę wyjątkowe, od serca, żeby było widać, że to przemyśleliśmy i że ich znamy? Tak całkiem do głębi, wiemy, co ich wzruszy lub ucieszy. Widzicie, dzięki temu, że wszystko jest dla nas, w większości, na wyciągnięcie ręki, nie musimy dawać „praktycznych” prezentów. Coraz mniej myślimy o tym, co się komu przyda, a bardziej, co ich ucieszy. Mamy ten luksus, żeby dać może coś, co jest dokładną odwrotnością flanelowej, ciepłej (porządnej!) koszuli. Coś, co zaskoczy. I nagle przestajemy myśleć o sobie i swoich sprawach, na chwilę. Na tapecie jest to dręczące, ale jakże przyjemne!, uczucie, które towarzyszy nam, kiedy poszukujemy prezentu idealnego. Zazwyczaj narzucamy sobie jakiś limit jeśli chodzi o pieniądze, jakie możemy na niego przeznaczyć, i zaczyna się główkowanie. Kilometrowe wędrówki po sklepach w poszukiwaniu Tego Jedynego. Prezentu, który z dumą ustawimy na najlepszym miejscu pod choinką, ze zniecierpliwieniem i rosnącą będziemy wyczekiwać momentu, kiedy wszyscy siądą wokół choinki… Swoje podarki odłożymy na bok i z największym uśmiechem w roku będziemy patrzeć na radość bliskich. Na radość, którą im prawiliśmy, wędrując, główkując i martwiąc się, by wreszcie znaleźć tę małą rzecz. Otoczymy ich ciepłem naszej miłości, przekazanej w tym świątecznym symbolu i, jak to nieczęsto bywa, uściśniemy się. Wyzwolimy w sobie najlepsze uczucia i pokażemy sobie, że jesteśmy razem. Dla siebie najważniejsi. Nikt nam tej magii nie odbierze. A zaczęło się od problemu, że prezenty…

Spójrzmy więc, te dwa (trzy?) tygodnie przed Świętami, na zabieganie panujące wokół i w nas z optymizmem. To wszystko jest dlatego, że się kochamy nawzajem i chcemy bliskim wybiegać jak najlepsze podarki. Przecież o to chodzi w Świętach – żeby sobie okazywać miłość i przystanąć przy sobie na chwilę, poczuć, co jest naprawdę ważne…

2 Comments

  1. mo

    Taaak, szukanie małego czegoś, z czego naprawdę dana osoba się ucieszy, może jeszcze przed świętami jakoś nas do siebie zbliżyć. Bo marzenia tego kogoś zajmują nam kawałek naszej własnej głowy. Czasem wcale nie tak łatwo go oddać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *