miejmy nadzieję

Nastał czas oczekiwania. To znaczy, kto jest katolikiem w jakiejkolwiek mierze, tego to dotyczy. Ale nie tylko katolicy. W zasadzie oczekują wszyscy. Lepszych dni, lepszej pracy, urodzin, prezentów, słońca, śniegu, lata… Czekamy na coś, o czym jesteśmy przekonani, że nadejdzie. Skąd to wiemy? To ta nieprzyjemna chwila, kiedy zdaję sobie sprawę, że moje mrzonki i kruche pewności są całkowicie niepewne. Czekać mogę jedynie na koniec życia, on nadejdzie i tak za szybko. Czymś, czego pewni być możemy na pewno jest nasza przeszłość. Po co w takim razie czekać? Czekanie ma odczyn smutku, kiedy uświadomię sobie, że właśnie mi mija czas. Na czekanie.

A co, gdyby zrobić z czekania cel? Czekanie jako radość w życiu i czas przeżyty najlepiej. Ile więcej przyjemności daje zjedzenie własnoręcznie zrobionego ciasta niż konsumpcja kupnego? Może pójdziemy dalej i naprawdę wypełnimy czas czekania nie tym, czym jest teraz… Ustawmy nasze plany z tyłu głowy, schowajmy i niech sobie czasem wyzierają z mysiej dziury, niech są. Marzenia, na których spełnienie czekamy – mały motor napędzający wielkiego człowieka.

Czekajmy widząc w oddali swój cel i ciesząc się, że największe przyjemności dopiero przed nami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *