minuty

1

 

Dlaczego spoglądamy na dołki? Przecież powinniśmy patrzyć wysoko. Mierzyć wysoko, śnić niebezpiecznie. Może wystarczy tylko chcieć coś osiągnąć i tylko codziennie próbować więcej. Być jak woda, która tysiącami lat drąży skałę. W końcu się jej przecież udaje. Dlaczego, jako istoty rozumne i myślące, obniżamy swój pułap wymagań od życia, skreślając się na starcie? Jak ktoś sobie wyśni to najlepiej też mu skrzydła podciąć, zachwyt przyćmić, pewność siebie obniżyć. Wysilmy się na uśmiech chociaż, mimo fali zazdrości, że ktoś jeszcze marzyć potrafi…

Dlaczego potrzebujemy marchewki na patyku? Żeby była jeszcze ciągle w zasięgu nosa, żeby dyndała i zachęcała całe nasze niechcące jestestwo. W czym jest lenistwo bardziej pociągające od pracy? Przecież lenistwo satysfakcji nie daje. Lenistwem nigdy się nie najemy. Budzi tylko od czasu do czasu nieciekawy posmak. Że czas leci a ja ciągle nic. Ciągle żywe, szczere postanowienie, że od teraz się zabieram do roboty. Zrobię coś, co jak przestanę robić, to ludzie zauważą brak. Sama zauważę brak. Brak siły napędowej, którą sama mogę wytworzyć. Przy odrobinie chęci, przy odrobinie czasu. Przy odrobinie pozytywnego spojrzenia na siebie samą, na swoje zamierzenia. Przy odrobinie negatywnej oceny lenistwa i wiecznego narzekania. Ostatecznie ciągle ktoś ma lepsze warunki w życiu niż ja.

Chcecie znaleźć swoją ścieżkę w życiu? Może nie całą, ale małą strzałkę na początek. Zarys dróżki we mgle. I złapać się w dobrze pracujący mechanizm, który kiedyś dumnie nazwiemy naszym życiem. Życiemw  wytężonej pracy, małą ilością czasu „dla siebie”, ale z największą satysfakcją. Każdy chyba tak chce. Mam propozycję dla siebie i dla was. Wyjdźmy ze swojej strefy komfortu, w której pozwalamy sobie na wszystko, a świat doskonale nam w tym sprzyja. Poświęćmy codziennie parę minut więcej na odkrywanie ścieżki. I budowanie jej, bo jestem przekonana, że dla żadnego z nas jeszcze zbudowana nie została, a póki nie nauczymy się budować, będzie ciężko.

Moja strefa komfortu jest idealnie, pysznie wygodna. Mogę robić w niej wszystko, ty też, zapraszam. Ale obawiam się że posmak zostanie, czy będę w niej zbyt długo sama, czy my w dwójkę. Może nawet niesmak będzie większy, kiedy ciebie w to wciągnę. Wciągnę w grzeszne marnowanie twojego potencjału, który znam, a którego nie chce nam się odgrzebywać. W takim razie proponuję codziennie… pięć minut poza strefą komfortu. Idźmy w stronę, w którą nikt nas gonił nie będzie z batem i terminami. Idźmy, bo będziemy chcieli iść i budować tę drogę. Będziemy chcieli męczyć stopy i czuć głód, choć nie będzie widać końca. Kto wie, czy nasza ścieżka nie okaże się fatamorganą. Wtedy trudno. Ale nikt nam nie zarzuci, że nie spróbowaliśmy. Najgorzej, jakbyśmy sami sobie mogli to zarzucić. Ale nie będziemy mogli.

Idźmy na przekór swoim słabościom. Nie, nie tak sztampowo. Tylko po prostu. Zmuśmy się do czegoś. Nie w najgorszej chwili dnia, kiedy naprawdę nic się nie chce robić. Każdemu może się nie chcieć i ja uważam, że to jest nasz przywilej. Po prostu. Ale wtedy kiedy przywilej ten staje się powoli lenistwem, podejdźmy do sprawy brutalnie. Chociaż na pięć minut. A jutro na dziesięć. I polećmy jak lawina, zmiatając wszystko po swojej drodze. Będziemy nie do zatrzymania. Ja w to wierzę. Teraz wierzę bo teraz jest łatwo. Ale trzeba wierzyć też potem, kiedy będzie gorzej. A nasz system pięciominutowy nagle zmieni się w godzinny. A potem w dwugodzinny.

A potem pójdziemy podbić świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *