up&up

Wydawało mi się zawsze, że człowieka z wiekiem ciągnie coraz bardziej ku ziemi. Im dłużej chodzi tym bardziej kolana i plecy uginają się pod ciężarem przeżytych wiosen i zim, pod jarzmem kłótni, słusznych a tym bardziej niesłusznych oskarżeń które obciążają chudą szyję kolejnym pętem żelaza. I ja tak mam dzisiaj. Taki dzień mam, że dzisiaj wszystkie kary na mnie idą. Kto chce się zamienić? Mam wszystko na zamianę. Wystawiam wszystko co widać, ćwierć życia, pracę, ale najbardziej smutki którymi ty byś się na pewno nie przejął ani nie przejęła. W dzień taki jak dziś na pytanie „co?” zadane przez szefa po raz setny podczas paru godzin pracy odpowiem z promiennym uśmiechem „nic”. Nic takie że chce się krzyczeć jak wiele. Bardzo wiele ale to wszystko jest nie do mówienia, tak bardzo słabe i żałosne że lepiej się nie odzywać. Lepiej uśmiechnąć się, powiedzieć wszystkim nic i przytulić się do kogoś kto to wszystko co mówisz uzna za całkiem poważne i warte zastanowienia. Siadamy, ustalamy fakty, przyczyny i snujemy hipotezy na temat możliwych skutków. Niewiele to daje, ale przynajmniej wstydu nie ma. Przynajmniej ktoś nigdy mnie nie wyśmieje. Nie uzna że naprawdę chyba nie mam się czym martwić. W tej chwili nie mam czym, więc martwię się tym. Dziękuję za troskę.

A oni mnie ciągną do góry.

Czasami są dni tak piękne że aż strach że to kiedyś się skończy. Odejdzie, rozwiane jak poranna mgła nad łąkami w Pszczynie. Radość odejdzie i choć będę się starać, nie zdołam przywołać choćby jej posmaku, przygnębiona kapryśną rzeczywistością, która nieuważnie nadepnie mnie cieszącą się z życia. Usuwająca tabliczkę „for sale” z szyi, bo w końcu cieszę się że jestem sobą. Idę w górę niezależnie od tego że jestem o jeden dzień starsza. Wspinam się na szczyty i podziwiam widoki. Odgarniam z twojej twarzy obłoki i pędzimy. Nie, nie pędzimy, nie da się zapomnieć dnia jak dzisiaj. Dni takie jak dzisiaj są do umierania i zapadania się w sobie. W dni takie jak dzisiaj śmierć nie jest straszna. Z wszystkim co złe jestem pogodzona, mam tylko trochę żalu że mnie to spotyka. Odsuwam się od ludzi którzy mówią że mogło mnie spotkać coś gorszego. Zamykam drzwi i siedzę w pustym mieszkaniu, w ciszy, czyszcząc wszystko od stóp po głowę.  Gorzej być może ale chyba nie mnie.

Oni nadal ciągną bo myślą że to najlepsze.

Znacie to uczucie kiedy od jednego zdania czuć jak podłoga ugina się pod nogami? Krew odpływa z głowy i przez parę sekund nie można powiedzieć słowa. Potem słowa biegną i stają się niekończącym krzykiem. Krzykiem którego nie słyszy nikt bo nie chce usłyszeć, krzykiem który jest desperacją odrzucającą statecznych ludzi. Odwracają ukochanych i zostaję sama na pustyni, na bezludnej wyspie. Kładę się i liczę gwiazdy, czekam aż zasnę, wierzę że we śnie bólu nie czuć. Liczę aż nie znam nazw dla następujących liczb. Liczę aż oczy zasychają i puchną od łez które wydały, otwieram zaschnięte usta i nic nie daje ukojenia. Sen jest krótki i czarny. Budzę się i czuję dokładnie to samo co wczoraj, z tym, że można już płakać, oczy nieco odpoczęły i przeżyję w spazmach kolejny dzień. Wykrztuszę tylko wielki żal że inni mają to co chcę mieć ja. Nie dało się tego jakoś rozsądniej podzielić? Dać każdemu po równo albo według starań chociażby. Według chcenia i nieustającego proszenia. Tak żebym już ani chwili nie musiała leżeć we łzach i zapachu duszonych rolad sąsiada. Żeby ta lepsza rzeczywistość przyszła skoro proszę a ja jej dam dobre posłanko u siebie. Będzie jej dobrze. Niech chociaż przyjdzie i powie to ja, do słabych przychodzę i oznajmiam.

Nie przyszła.

My ciągle do góry, chociaż często kłótnie ciągną w dół. Odciąga ocenianie, porównywanie zmienia dobre dni w najgorsze, zapach kwiatów w duszone rolady. Z pewnością w tych gwiazdach gdzieś doliczyłam się ciebie, tej nie narzucającej się, pięknej. Takiej do której się tęskni, która ciągnie do siebie, w górę. Ciągnie w najgorsze dni, oświeca dobre, mówi że naprawdę przed nami jeszcze sporo. A ona nieśmiertelna będzie patrzyć na moją szczęśliwą śmierć, z pewnością lepsza niż się wydaje że będzie. Mniej straszna, bo jak już coś jest to się z tym godzę. Godzę się z dzisiejszym dniem, zostawię go sobie do porównania kiedy nadejdzie lepszy. Na koniec stanę nad tym wszystkim i spytam, po co było tak się męczyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *