w innym lesie w innym sadzie

Z dala i z góry wyglądam czasem jak naburmuszone dziecko. Naburmuszone, trochę zbyt utuczone, jadące na segwayu świecącymi we wszystkie strony radosnymi, odpustowymi światełkami. Na głowie błyszczący kask, na nogach i rękach ochraniacze. Wszystko nowiutkie, wszystko według życzenia, a jednak czegoś brakuje bo mina skwaszona jakby ten mały człowiek dostał od życia bardzo, bardzo w kość. Jestem tym małym człowiekiem którego każdy oceni z góry a on na to się naburmuszy jeszcze bardziej bo nikt go nie rozumie. Nikt nie wie że nie dojrzałam do ocen i na pewno nie dojrzałam do surowości. Potrafię znieść nieprzychylną opinię tylko jeśli sama ją na siebie wydam. Jakże inaczej? Kiedyś dorosnę, teraz jednak mam tak mało lat, że mogę się ociągać. Jeszcze mam na wszystko czas, śmierć nie przyjdzie nieproszona, młodzi nie umierają. W każdym razie nie ja. Kiedy więc coś mi się nie spodoba, bez wahania tupnę nogą na której próżno szukać wypracowanych mięśni, pokażę buźką w podkówkę co o tym sądzę. Kiedy świat nie będzie mi przychylny na pewno ktoś będzie za to odpowiadał. Ja raczej nie, ja jeszcze młoda jestem, wiecznie młoda, zatem mi się coś od życia należy. Zignoruję zobowiązania, nie policzę kolejnych urodzin i odjadę na segwayu, oświetlając sobie drogę różowymi i niebieskimi diodami. Przybiorę zaciętą minę bo przecież to nie takie łatwe, jechać seagwayem, w końcu jadę na szczyt. W końcu go osiągnę, mijając ludzi którzy utrudzeni tuptają noga za nogą. Uśmiechają się do tego, pokonując zapewne ból nie do wytrzymania, pozdrawiają wesoło mimo utrudzenia. Odpowiadam pomrukiem i wymuszonym uśmiechem. Denerwują mnie swoim szczęściem. Przyspieszam, tracę ich z zasięgu wzroku. Czuję że na szczyt wjechanie a wejście to nie to samo ale nie przejmuję się. Jestem ostatecznie zła, zeźlona, nienawidzę świata. Zapieram się na podnóżku i chwytam mocno kierownicę. Mam prawo być zła, złość napędza mnie do działania. Działam ale nie wiem dlaczego. Jestem taka roztrzęsiona. roztrzęsienie napędza egoizm i złość. Roztrzęsienie zamyka koło, pulsuje smutkiem, głębokim smutkiem… Jadę więc pod górę chociaż ci którzy idą wyglądają na dużo szczęśliwszych.

Myślę że poszukam sobie drogi na skróty. Szybszej, mniej męczącej, mniej wymagającej, mniej takiej jak ty. Dzisiaj chcę się obudować wysokimi ścianami małego pokoju, drzwi zablokować i poszukać bezpieczeństwa. Przystani w której nikt nie zwróci mi jak zwykle słusznej uwagi. Jedyne miejsce w którym można bezkarnie być smutnym i najbiedniejszym. Płakać sobie wśród czystej pościeli i czuć z tego powodu piękne spełnienie. To jest naprawdę szczęście człowieka. Móc sobie czasem popłakać. Czasem wtedy kiedy życie przygniata trochę i mówimy au, przestań. Jedyne miejsce w którym płacz nie oznacza słabości a przywilej. Słodką drogę ku zadowoleniu. Spełnienie niespełnionych potrzeb, zapchanie się cukierkiem płaczu, chlipanie przez minut piętnaście. Potem czuję się taka wysłuchana i uspokojona. Kto może nas tak uspokoić jak my nas samych? Zatem popłaczę nad moimi nieważnymi w skali świata problemami które właśnie zasłoniły moje własne piękne słońce.

Potem pójdę gdzieś w ogóle nie planując i na nikogo nie licząc. Będzie pięknie, moja odciążona głowa zachwyci się zachodem słońca i znowu uznam że warto było przeżyć. Pofrunę na zdradliwych i słabych skrzydłach samoakceptacji i znowu niesłusznie im zaufam. Uwierzę w piękne plany które proponuje mi głowa. Uwierzę w to że je spełnię, że będzie pięknie jak w bajkach i jak w życiu innych ludzi (jasnym jest że życie innych jest dużo przyjemniejsze i łatwiejsze niż moje własne). Nie będę już nigdy marnować czasu a jak zmarnuję to nie będę tego żałować. Wzruszę ramionami i pójdę dalej. Ta chwila trwa całe piętnaście minut, ponieważ wystarczy że wiatr zawieje z północy a ja już wystawiam serce i duszę na sprzedaż. Mnie już się na pewno nie przyda. Nie płaćcie nawet, po co mi pieniądze, tylko to ode mnie weźcie… Obchodzę się z nimi jak małe dziecko z pudełkiem zapałek. Zupełnie nie wiem jak podejść, ale działanie mnie zachwyca. Szkoda tylko że efektem są tak często zgliszcza, płacz i zgrzytanie zębów.

Poszłam drogą na skróty. Jest pięknie ale boję się że ten skrót okaże się dłuższy niż właściwa droga szczęśliwych ludzi. Zawiedzie mnie, odwiedzie od celu i da na to co zasłużyłam. Usiądę na środku ścieżki, rozpłaczę się i będę cię wołać o pomoc. Nie będzie ścian którymi będę mogła się obudować i z własnej słabości zrobić niesprawiedliwość świata. Łzy będą widzieć wszyscy, zacisną usta i nic nie powiedzą. A ja będę widzieć w ich oczach, bo w oczach jest wszystko, jak bardzo gardzą słabością. Kiedy ja im powiem, ja też gardzę słabością, ośmieszę się jak zwykle i wrócę tam gdzie siedzą wszyscy. Siedzą myśląc że idą, siedzą myśląc że im się coś należy, złoszczą się bo świat im nic nie daje. Oni tam a ja z nimi. Nie mogę się nad sobą nawet użalić, co dodaje mi kolejny powód żeby się poużalać. Oddalić od ścieżki, skreślić postanowienia. Objeść się czekoladą w drugi dzień diety.

Może w końcu przyjdzie taki dzień w który Bóg delikatnie przestawi mi klapkę i będę kimś zupełnie innym. Całkiem odważnym i trochę silnym. Trochę mniej gluta, trochę więcej mięśni. Trochę mniej płaczu trochę więcej rozumu. Może przyjdzie taki dzień w który przestawię sobie klapkę i będę kimś całkiem odważnym i trochę silnym. W innym lesie, w innym sadzie, w tym świecie, kolejnego wieczora…

 

20160831_161241

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *