WROCŁAW!!! Cz. 1

A więc ta chwila nadeszła. Niniejszym postaram się w sposób najbardziej nieszkodliwy dla tych świetnych dni, które z wami przeżyłam, ożywić nieco nasze wspomnienia. Do dzieła!

Pisząc notkę o wycieczce do Wrocławia, trudno choćby nie wspomnieć o dreszczyku emocji (który dotyczył najbardziej Smutusia), związanego z autem. Więc tę wycieczkę odbyliśmy jego (prawie) wspaniałą bryką, która prezentuje się w następujący sposób:

Łatwo przeoczyć jakże przystojnie prezentującego się w środku kierowcę, także polecam głębszą analizę zdjęcia, a ja tymczasem opisuję dalej.

Po przyjeździe na miejsce – to znaczy, do Wrocławia, do mieszkania Matiego (któremu nigdy zapewne nie zdołamy okazać gorącej wdzięczności za użyczone nam lokum na te parę dni), wyglądaliśmy, jak te driady po orzeźwiającej kąpieli w cichym, pachnącym świeżą żywicą leśnym jeziorku. Aby nie być gołosłowną, służę dowodem w postaci kolejnych zdjęć.

                                          

 

 

 

 

 

↑ Karol                                                                                                                                ↑ W. i ja

Prawda, że uroczo? Choć muszę przyznać, że może porównanie do driad jest nieco przesadzone. Oczywiście w tę stronę, że driady się do nas w żadnym wypadku nie umywają. Nie mogę jednak pominąć faktu, że jedna osoba (która chyba wtedy robiła te zdjęcia) ciągle marudziła. My mówimy: wiksa? A ona: nieee… i tak w koło Macieju. No zwariować można było. Trochę odbiegłam od tematu. Więc przyjechaliśmy do Wrocławia i w ogóle, wszyscy pałają entuzjazmem jak widać na załączonych obrazkach, a ona: eee, nieładnie, nie chcę… Chodzi oczywiście o…

Może nieco mylić zdjęcie, że takie wesołe… Ale to tylko słońce pada pod takim zabawnym kątem. Tym właśnie sposobem, przedstawiłam wam, fani bubersona, naszą ekipę wycieczkową. Gwoli uporządkowania, składali się z: Smutusia, Magdy, Karoliny (zwanej też Szatanem – niech nikogo nie zwiedzie jej niewinny, słodki, delikatny, uwodzicielski wygląd… Ksywa mówi sama za siebie), Waceka, no i mnie. Jak dla mnie, to był (jest) tak zwany dżrimtim. Siły były wyważone, Magda wiksowała, Smutuś prowadził i się wkurzał, Karolina była gdzieś w odległych światach, Waceka bawiło wszystko, a ja byłam też. Ale, żeby nikogo nie zanudzać, wspomnę tylko, że pierwszego wieczoru wybraliśmy się na dosyć niezwykły, ze względu na towarzystwo, obiad w Sfinksie, a później wylądowaliśmy chyba w najbardziej obskurnej knajpie Wrocławia, ale było całkiem przyjemnie. Kolejny dzień powitał nas pogodą (tak świat się cieszy na nasz widok):

To prawda, jakże szacowne zabytki Wrocławia nie będą tematem tej notki, jednak wypadało mi pokazać choć jedno ujęcie, żeby nie pokładać w wątpliwość stwierdzenia, że robiliśmy tam też kulturalne rzeczy, a nie tylko siedzieliśmy w swoim jakże zacnym towarzystwie. Ale trzeba iść z tym wszystkim dalej, wiadomo, kto nie idzie dalej, ten się cofa, zabytki każdy zna, ale takie widoki zdarzają się we Wrocławiu nieczęsto:

                                              

 

 

 

 

 

 

 

↑ Takich ziomów to we Wrocławiu nie było od…                                                      ↑ A nie mówiłam? Jedno zdjęcie zrobiłam, a
No, nigdy nie było.                                                                                                                    Karolinie już agresor się włącza.

I w ten właśnie, pełny słońca i optymizmu, dobrych słów i dobrych wygłupów, zaczął nam się pierwszy dzień zwiedzania Starego Miasta. Któż by przypuszczał, co przyniosą nam kolejne godziny… Jednak Magda i Karolina okazały się niezawodne, i nie czekały długo. Trzeba ostatecznie pokazać wrocławianom, kto tu rządzi, i zabrały się z werwą za wprowadzanie nowego porządku. Naszego porządku. Bezczynnymi nie pozostali  również Wacek i Łukasz, a ja skrupulatnie uwieczniałam te chwile – ku pamięci, dla potomnych.

                                      

 

 

 

 

 

 

 

Nowe porządki się przyjęły (i w związku z tym, niemało głowię się nad tym, co teraz w tym Wrocławiu się dzieje), a my podążamy razem z wycieczką dalej. Wszystko biegnie swoim rytmem, czyli Magda wiksuje, ja oglądam kościoły, Smutuś mówi o Kasia patrz kościół, Karolina buja w chmurach <bujubuju> a Waceku analizuje po swojemu całe otoczenie. Idziemy, idziemy, Magda wiksuje, ja oglądam kościoły, Smutuś ewentualnie narzeka na upał i na kościoły, Waceku narzeka na ilość kościołów (która według niego była tak zawrotna, że ciężko było mu to ogarnąć ♥), a tu nagle kolejna atrakcja.

Muszę przyznać, że most wyglądał naprawdę imponująco. Magdzie i Karolinie najwyraźniej też się spodobał, skoro z takim zainteresowaniem go analizują… choć, znając je, mogły już zastanawiać się nad strategią odszukiwania krasnali, ale o tym później (tudzież w części 2., nie ogarniam już). Teraz chwilka mała na portrety, urocze, a jakże.

 

↑  ♥                                                                                                                                 ↑ Magda (raz udało mi się uchwycić ją
z poważną miną… aczkolwiek to była sprawa sekund).

  

 

↑ Smutuś Gangsta                                                                              ↑ Szatańsko wygłasza tezę

Następnie odbyła się interesująca wycieczka po najciekawszych zabytkach Wrocławia, wymieniać ich tu nie będę, ale trzeba wspomnieć, że było jakże gorąco, a sklepów piciowych na horyzoncie ani hu hu. Co ja bym wtedy dała za butelkę wody…! Ale nasz przewodnik, Smutuś, nie próżnował. Po przejściu parę razy koło tej samej fontanny, w końcu obraliśmy dobry kierunek. Przeszliśmy koło budynku z Panoramą Racławicką (bilety były drogie, jakieś 20 butelek wody ze sklepu piciowego na łebka, także nie ma żartów), i skierowaliśmy się ku wodzie. Po najlepszym zakupie życia (picie), podążaliśmy dalej, niczym ci niestrudzeni wędrowcy, poznawać nieznane (łuhuhu, czasem sama siebie zadziwiam sformułowaniami, jakich używam). Klucząc tak z celem, dotarliśmy w końcu do Ogrodu Botanicznego. Po zakupieniu biletów po iście bajońskich sumach, weszliśmy i jak to wypada, znaleźliśmy od razu miejsce do siedzenia, nie omieszkając zauważyć, że ogród faktycznie jest ładny.

↑ tu jeszcze pozory normalności                                                            ↑ a tu nie ogarniam. Magda jest sobą, reszta
prezentuje najazd zombie.

Idąc dalej, musimy przyznać, że Ogród w istocie jest dobrze zadbany i nad wyraz urodziwy:

… co niektórych wprawiło w nie lada romantyczny nastrój, i zaczęli pozować do nie lata romantycznych foci.

Smutuś w pozie godnej Pana Tadeusza, Karolinia wiotka niczym liść na wietrze, i do tego Magda tak na dole… Dynamiczni a zarazem spokojni. Kompozycja idealna. Każdy by się zachwycił! ♥
Grzechem byłoby nie wspomnieć, że dziewczyny znalazły jakąś łódkę, która zapewne miała pracować jako statyczny element dekoracji Ogrodu, ale coś, co nie jest zabezpieczone drutem kolczastym pod napięciem, nie stanowi dla nas niedostępnej atrakcji, której nie można wykorzystać.

↑ tak, to my, niezwykłe księżniczki w jednej,                                     ↑ a to Smutuś, chyba nie był w stanie wytrzymać
skromnej łódce, którą zdobyłyśmy.                                                      tak wspaniałego widoku i dał wyraz swojemu zachwytowi.

Ogród wyzwalał w nas nasze największe marzenia, pragnienia i potrzeby, jak na przykład…

Pozwolicie, że nie będę szczegółowo komentować, bo o co chodzi, każdy widzi aż za dobrze. Magda znalazła miejsce, gdzie spokojnie może spędzić noc, a nasi mężczyźni… cóż. Teraz trzeba nieco się polansować (swoją drogą, jak tak przeglądam te zdjęcia, to widzę, że ławki darzymy szczególnym zainteresowaniem):

                                            ↑ ♥ 🙂

 

 

↑ Gangsta 2.

Nie mogłabym skończyć wątku o Ogrodzie Botanicznym, nie wstawiając tego zdjęcia, które, przyznam się bez bicia, bardzo lubię, a przedstawiające Smutusia, mnie i kulę.

Następnie, wybraliśmy się na Rynek, a tu czekały nas kolejne atrakcje, m.in. atak zombie na zabytkowy kościół garnizonowy…

No, ale jak widać, i jak zresztą się później okazało, zombie było bardzo łaskawe tego dnia, zostawiły kościół w spokoju, i mogliśmy iść na hiperwysoką wieżę tegoż kościoła, by stamtąd podziwiać niesamowicie ładną panoramę miasta.

                                                                           ↑ tutaj widok na Rynek

Nie obyło się bez nieplanowanych atrakcji, jak wykorzystanie krat zapobiegających wypadnięciu przypadkowemu, czy też planowanemu, do różnych rozrywek, jak na przykład pakowanie (Smutuś), czy wsadzanie głowy między kraty (reszta). Punktem kulminacyjnym wycieczki na wieżę był pomysł zrobienia sobie zdjęcia grupowego. W tym celu najodważniejsza osoba w grupie, więc, ma się rozumieć – Magda (chwała jej za to!), znalazła miłych Rosjan, którzy zrobili nam to owo oto przemiłe zdjątko:

Prawda, że urocze? Osobiście, lubię je bardzo. Aby zwieńczyć tę notkę, muszę wspomnieć o naszej niesamowitej wizycie na ulicy, gdzie kiedyś rzeźnicy mieli swoje siedziby (i tam też Magda i Karolina, niestrudzenie szukające wrocławskich krasnali, osiągnęły chyba punkt kulminacyjny swojej nowej pasji, wprowadzając mężczyzn naszych w przerażenie). Postawili tam wrocławianie, aby wyrazić swój szacunek dla zwierząt rzeźnych, pomnik. A my, w ramach tego szacunku, zrobiłyśmy sobie z nimi zdjęcie:

Tym to sympatycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę, i pozostaje mi życzyć wam dobrej nocy… i jeszcze raz podziękować za przemiłą wycieczkę! Ciąg dalszy pewnie nastąpi (notki, wycieczki też by mógł!), ale to już zależy od moich sił. Musicie wiedzieć, że takie opisywanie jest, wbrew pozorom, nieźle wyczerpujące. 🙁

Dobranoc! :-*

One Comment

  1. lukasmutin

    zarąbiście,Kasia !!! Fajna,dobra,solidna,mocna,pełna epitetów,zaskakująca,sexy,interesująca,zabawna,ciekawa,pociągająca,radosna, niegłupia notka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *