z głowy

Jestem. Po tysiącu wymówek, wmówek, oczywistych powodów, że nie muszę nic pisać. Już późno, szkoda czasu mojego i waszego. Tak naprawdę po co pisać skoro nie ma o czym.
A jednak jestem, przemogłam samą siebie, co spokojnie mogę uznać za największe osiągnięcie dzisiejszego dnia. Dobrze, że jakieś.

Uczę się. Uczę się czegoś, czego uczy się bardzo nieprzyjemnie – patrzeć w przyszłość bez roszczeń i nie patrzeć za siebie. Zawsze wmawiałam sobie, że to musi być prawda, iż ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy (znaaaaaaaaamy lala). Wmawiałam bez większego przekonania, że mam rację ja i Grechuta. Fajnie się o tym śpiewa, ale jeśli się doda taki właśnie roszczeniowy stosunek do świata i Boga, to bywa kiepsko. Po prostu niefajnie i smutno, bo świat jak na złość jest urządzony tak, że wszyscy inni mają to, czego nie masz ty. I tak było od zawsze, nie raz chciałam się zamienić i oddać swoje jestestwo za czyjeś. Buty z adidasa i lepsze oceny, większą popularność. Z wiekiem priorytety się zmieniały więc i innych rzeczy zazdrościłam. Bo buty już sobie kupiłam, na przykład. Czemu trawa jest bardziej zielona u sąsiada, niż u nas? Chyba żeby nas trochę przećwiczyć. Ja jeszcze tego nie umiem, ale jestem przekonana, że ta satysfakcja z „nie zazdroszczę” i „nie chcę” czyni mnie bardziej pogodnym człowiekiem. Inna rzecz jest taka, że naprawdę lepiej nie zazdrościć i nie oczekiwać. Co będzie to będzie, a ja chcę dawać z siebie wszystko co mogę, żeby moje marzenia się spełniły. Nie oczekiwania. Marzenia. A reszta, na którą wpływu na szczęście nie mam, niech robi się sama. Albo nie robi. I chcę być szczęśliwa nawet, jeśli to polukrowane podejście w patrzeniu na świat, nie zostanie połechtane tym, że jednak dopnę swojego.

Wiecie, widzę, że świat jest pełen możliwości dla ludzi, którzy robią swoje. Ale to swojskie i nieco biesiadne „róbmy swoje” nie jest tak różowe, jak bym chciała. Ludzie, którzy dopinają swojego i realizują się, wkładają w to „róbmy swoje” mnóstwo wysiłku. A wysiłek zaczyna się od zaciśnięcia zębów i przekroczenia samego siebie. Ja znów o tym, że moje „nie chce mi się”, ta pluskwa, o której pisałam ostatnio, jest wredna i każdy ją ma. Tak, ale to jakoś ostatnio jest u mnie na tapecie, ponieważ próbuję ją usunąć. Jeśli nie usunąć, to chociaż unieszkodliwić do granic jakie są możliwe. Wierzę, że takie coś da się zrobić, bo coraz więcej widzę uśmiechniętych twarzy spełnionych ludzi, którzy mają to wszystko, co ja chciałabym mieć. Widzę i nie zazdroszczę. Jestem z siebie dumna, bo zazdrość to cecha domyślna chyba większości ludzi. A co za zazdrością często idzie, jeszcze zawiść. Ubijanie tych, którzy się śmieją, bo czyjś sukces budzi uczucie dyskomfortu. Trąca którąś strunę odpowiedzialną za „weź się za siebie”. Zamiast wziąć się za siebie, ubiję tego, co tak się szczerzy, i już nie będę czuć potrzeby, żeby się za siebie brać. To też rozwiązanie.

Ostatnia myśl dotyczy pracy nad sobą w relacjach. W relacjach trudnych do zaakceptowania a niemożliwych do wyeliminowania. Myślę o rodzinie. Nikt z nas nie wybiera, gdzie się rodzi, a tak ciężko czasami pogodzić się z tym, jak jest. Inni zazwyczaj mają lepiej (no właśnie), bo to i tamto. Dobra wiadomość brzmi: według nich to ty masz lepiej. Na 200%, chyba że należysz do naprawdę poszkodowanych przez los ludzi, ale w to wątpię. Jeśli nie – współczuję, ale dotyczy Cię (według mnie) nadal myśl, do której dążę. W trudnych relacjach, w których ewidentnie popełnia błąd ktoś a nie my i wszyscy to widzą, jeśli chcesz poprawy – weź się do roboty. Naprawdę, czyjegoś stosunku wobec siebie nie zmienisz, jeśli ty nie zmienisz stosunku swojego do niego. Ja nie wiem, gdzie popełniasz błąd. Wiem za to, że byłam tu. Zwalałam winę (zresztą dotąd sądzę, że słusznie) na inną osobę. Sytuacja od paru lat ulega poprawie. Naprawdę satysfakcjonującej poprawie, tak zwane niebo – ziemia. Zabrzmi niefajnie, bo nikomu się nad sobą pracować nie chce, ale weź się w garść. Jest na pewno coś w twojej postawie, co zezwala na niewłaściwe traktowanie twojej osoby w tej relacji. Albo jesteś zbyt uległy, albo zbyt wybuchowy, albo zbyt się nad sobą użalasz. Każdy z nas jest „zbyt” w którąś stronę, tylko najczęściej tego ważnego elementu w sobie nie widzi. Reszta rodziny i przyjaciele przytakują jak pieski samochodowe na wybojach a ty się taplasz we współczuciu i poczuciu beznadziei. Świat jest ciągle tak samo okrutny dla ciebie jak dla innych. Zmierz się z tym.

Wyszło. Wyszło z głowy co w niej siedziało, zajęło 20 minut i dało całkiem dużo satysfakcji.

Polecam.

One Comment

  1. mo

    do roboty!

    prawda, chociaż wymaga bycia silniejszym niż się zdawało.
    i często przebaczenia nie jednorazowo i nie raz w tygodniu i nie codziennie, tylko przebaczenia-podejścia, przebaczenia-postawy, trzeba w tym płynąć. max trudne, dobrze, że jest się od kogo uczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *