złość

Czasami z własnej winy. Czasami po prostu przychodzi i nie wiem co z nią zrobić. Bardzo nieporadnie próbuję sobie z nią poradzić. W większości przypadków po prostu polegam po paru próbach. Nie widząc w tym sensu, nie znając początku ani nie spodziewając się końca, idę w wieczornej mgle. Idę, nie odchodzę, odejść się nie da, każdy to powie. Każdy wyśmieje moją próbę ucieczki. Przecież wiadomo, że wrócę, z podkulonym ogonem i wielkim wstydem. Wrócę bardzo szybko, tak, że mało kto zauważy moje odejście. Mało kto zauważy odejście, powrót zauważy każdy i każdy wyśmieje. Wrócę i znowu będę się z nią borykać, szukając powodów w ciężkiej ciszy, która nas otacza. Nie potrafię przebyć fizycznie krótkiego dystansu. W tych chwilach z jej powodu rośnie między nami mur i przepaść. I jeszcze jeden mur, którego nie będę w stanie przeskoczyć, wiesz przecież jak jest ze mną. Kiedy byłam dobra w przeskakiwaniu murów? A ona się zaśmieje cicho i mur urośnie. Tak będzie, tak było. Nie będę widzieć początku, nie będę znać końca. Nikt nie da mi nadziei, której szukam ciągle wokół siebie, że to się skończy. Ona odbiera mi wszelką radość i wierci dziurę w środku. Wie dobrze, co to dla mnie, tak patrzyć w przepaść, pragnąc jej śmierci. Nie umiejąc się ruszyć z miejsca, pozwalając sercu kruszeć. Kruszeć, topić się, kapać w przestrzeń, dać sobie zrezygnować. Poddać się w tym boju, do którego podchodzę zawsze mimo wiadomej przegranej. To ona krępuje mi ręce, zmusza usta do czczej gadaniny, pokazuje jak wszystko zepsuć. Ma nad nami niesamowitą władzę, której nie odgadujemy, nie pojmujemy, nie zdajemy sobie z niej sprawy. Ty jej nie widzisz, ja widzę ale siedzę jak niewolnik i czekam na przebłysk słońca. Pozwalam sobie czasem na brak cierpliwości. Wybuchnę, ale ona dobrze wie, jak mnie poskromić i sprawić, żeby takie wyskoki nie zdarzały mi się już często. Już nigdy.

Nienawidzę jej i ją kocham. Wiem, że kocham, bo miłość jest tym, co wszystko naprawia dobrocią. Ja wierzę, że i ją w końcu udobrucha. Spełni moje marzenia, podniesie serce, kiedy ona nadchodzi. Miłość ją pokona. Otoczy ciepłem, kwiatami, mlekiem i ciastem w jesienny wieczór. Wystarczy, że ja w to wierzę. Momentami, momentami, ale miłość jest sobie cały czas. Wiara przygasa, miłość jest i niestrudzenie ją oswaja. Twoją złość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *